Nazywam się Paweł Grodzki. Mam 32 lata. W styczniu dowiedziałem się, że jestem w ciąży. Oto mój dziennik.
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
RSS
środa, 13 września 2006
Bardzo serdecznie DZIĘKUJEMY!!!!

Jestem niewyspany. Wczoraj do późna w nocy prasowałem pieluszki.

Jestem zdenerwowany, bo wczoraj w nocy Tosia nie czuła się najlepiej. Kaśka zadzwoniła i powiedziała, że naszą córeczkę boli brzuch.

Pędzę do szpitala, a po drodze myślę, że co ma być to będzie, a w końcu i tak będzie dobrze.

Bo wierzę, że świat jest dobry.

Bo wierzę, że niezależnie od tego, co się dzieje, to od nas zależy jak to przyjmujemy.

Bo wierzę, że nie mam wpływu na życie, niezależnie od tego jak bardzo bym chciał, by było inaczej.

I wiem, że jedyne, co mogę, to z pokorą przyjmować to, co właśnie się dzieje.

Od 11 września mam w sobie gigantyczne pokłady ufności.

Z drugiej strony czarne myśli zawsze miały do mnie dostęp. I teraz też wirują…

Wpadam do szpitala, pędzę po schodach, otwieram drzwi, a Kaśka siedzi sobie na łóżku, a obok niej śpi Tosia.

- Było ciężko – mówi Kaśka. Jest zmęczona, a jednocześnie jakaś niesamowicie silna. I piękna, czuła, łagodna.

W końcu Tosia otwiera oko. I patrzy. I robi miny. Śliczna, słodka, wspaniała.

A potem dziej się całe mnóstwo rzeczy takich jak: przewijanie, kąpanie, karmienie i kolejne spanie. I wszystko jest dla mnie szalenie zajmujące, wspaniałe i jednocześnie bardzo trudne. Na przykład takie założenie pieluszki. Albo przemycie pępowiny. Albo założenie śpioszek.

A potem wychodzę na chwilę ze szpitala, idę do domu. I bardzo chce mi się na chwile położyć do łóżka, ale za nim to zrobię nastawiam pranie, prasuję pieluszki, które uprałem wczoraj. Przed urodzeniem Tosi kolejność czynności była by odwrotna. Najpierw sen, potem robota.

I wreszcie się kładę. I nawet telewizji nie oglądam. Po prostu mnie nie interesuję. Po prostu wiem, że muszę odpocząć, bo potem znowu biegnę do szpitala.

I nagle dzwoni telefon.

- Tosia ma się świetnie. Zjadła, zrobiła kupę, a teraz sobie śpi – mówi wesoło Kaśka.

Hurra! Hurra!

I mógłbym tak opowiadać bez końca. 11 września 2006 roku zaczęła się dla mnie zupełnie nowa historia, ale chwilowo nie mam siły o niej pisać!

 

P.S

Bardzo serdecznie dziękujemy wszystkim, którzy wspólnie z nami czekali na Tosię.

Bardzo serdecznie dziękujemy za wszystkie głosy, sympatii, zainteresowania i wsparcia.

Pozdrowienia od dumnych rodziców, no i oczywiście Tosi.

 

P.S 1

Osobiście bardzo gorąco dziękuję za wszystkie głosy, które otrzymałam od początku pisania „Dziennika ciężarowca”. Były dla mnie szalenie ważne. Te sympatyczne dodawały otuchy, te krytyczne zmuszały do zastanowienia.

Za wszystkie jestem szalenie wdzięczny.

 

P.S 2

Bardzo przepraszam za błędy ortograficzne i stylistyczne, których nasoliłem w  czasie pisania "Dziennika ciężarowca". Nie jest w tym najlepszy!!!

 

P.S 3

Z tego co wiem, w przyszłym roku, nakładem wydawnictwa W.A.B „Dziennik Ciężarowca” ukażę się w postaci książki.

 

JESZCZE RAZ ZA WSZYSTKO „DZIĘKUJĘ”!

17:00, pawel.grodzki
Link Komentarze (151) »
poniedziałek, 11 września 2006
Dzień dwieście czterdziesty dziewiąty (11 września - poniedziałek) CZĘŚĆ I

Tosia jest już na świecie! I jest wielka!

Waży 4 kilo bez 4 gram i ma 55 cm wzrostu.

Wygląda trochę jak mały Chińczyk. Albo Kirgiz.

Do tego ma murzyński nos i strasznie długie ręce, które ciągle pcha do buzi.

Jest śliczna, wspaniała, a ja jestem wniebowzięty.

Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Podobnie zresztą jak wszyscy ojcowie i wszystkie matki.

Jestem wzruszony, jestem poruszony.

Gdziekolwiek spojrzę widzę Tosię w śpioszkach w kwiatki. I wtedy czuję radość. Aż mi się chce śmiać.

Za to jak zamykam oczy, to widzę Kaśkę jak leży na łóżku, krzyczy i ściska mnie za rękę. A potem uśmiecha się promienie, bo wreszcie się udało. A mnie ogarnia miłość, wdzięczność, czułość i niewysłowiona bliskość. Aż mi się chce płakać. Ze szczęścia, ze wzruszenia.

Tosia urodziła się dziś o 16.00. Ale za nim to się stało…

- Zaczęło się – powiedziała Kaśka wyrywając mnie z błogiego snu.

- Co się stało? – zapytałem tak głupio, jak nieprzytomnie.

- Wody mi odeszły – powiedziała Kaśka, a minę miała spłoszoną.

- To cudownie – powiedziałem, wyskoczyłem z łóżka i poczułem jak strasznie jestem niewyspany. Spojrzałem na zegarek: trzecia w nocy. A ja poszedłem spać o pierwszej. Kurde!

Zacząłem zakładać spodnie.

- Zadzwoń do położnej – przerwała mi Kaśka.

- Przepraszam, że budzę, ale mojej żonie właśnie odeszły wody… - zacząłem nieśmiało. A położna, że dobrze, że świetnie, spotkajmy się w szpitalu o ósmej rano.

No to ściągam spodnie i walę się do łóżka. A Kaśka koło mnie. I czuję jak ogarnia mnie senność i zdenerwowanie wywołane brakiem snu. Czuję, że zmieniam się w kłębek nerwów i marzę by jeszcze trochę pospać.

- Trochę boli – mówi Kaśka i dodaje, że ból jest taki, jak w czasie okresu.

Chciałbym jej jakoś ulżyć, ale z drugiej strony bardzo chce mi się spać. Na szczęście Kaśka też powoli zamyka oczy. Nastawiam budzik na 6.30. I zasypiam. Kaśka też.

Dzwoni budzik i Kaśka pyta, czy mam ochotę na serek homogenizowany z owocami.

- Ja zrobię – mówię.

Ale Kaśka się upiera.

Myślę, że może to i dobrze, że go zrobi, bo przynajmniej nie będzie myśleć o porodzie. I Kaśka, kobieta w ciąży, której właśnie odeszły wody, robi mi śniadanie.

Wzywam taksówkę. I mówię panu żeby jechał do szpitala. Ale przede wszystkim żeby jechał ostrożnie.

I siedzimy z Kaśką z tyłu i słuchamy radia. A w radio, że dziś 11 września, czyli piąta rocznica zamachu na WTC.

- Pamiętasz jak to było? – pytam Kaśkę. A ona mówi, że tak.

- Wyobrażałaś sobie wtedy, że pięć lat później będziesz miała dziecko? – pytam.

A Kaśka na to, że w żadnym razie. Ja zresztą też.

- Czy terrorystom udało się przerazić ludzi? Czy udało się wzbudzić strach? – pyta pan w radio. A drugi pan odpowiada, że owszem, że się udało. A ja sobie myślę, że gówno prawda, bo ja przecież mam dziecko, które urodziło się dokładnie w rocznicę. I chyba nie ma lepszego dowodu na to, że się nie udało nas wystraszyć. Że świat idzie dalej, a ludzie wiodą normalne życie.

Wchodzimy do szpitala. I po chwili jest już nasza położna. Lądujemy na sali. Łóżko, wanna, piłka, szafki, aparatura do KTG.

I okazuje się, że Kaśka jak nie miała skurczy, tak nie ma. Czyli trzeba ją podłączyć do oksytocyny.

Pani położna przynosi wielką strzykawkę i podłącza. Ta strzykawka już nas nie opuści.

A potem instaluje kroplówę z glukozą. Później będą jeszcze leki rozkurczowe.

Kaśka wskakuje na piłkę.

Pojawiają się pierwsze skurcze. Słabiutkie.

Mija godzina, a ja liczę te słabiutkie skurcze.

Kaśka spaceruje po sali. Skurcze nadal są słabiutkie.

Mija godzina, a ja liczę te słabiutkie skurcze.

- Gdzie są te bolesne skurcze? – pyta Kaśka z uśmiechem. A ja mówię, że może ona z tych rzadkich egzemplarzy, co to mają bezbolesne porody. A pani położna mówi, że ponoć tacy się zdarzają, choć ona nikogo takiego nie spotkała.

Kaśka siada w wannie. Pojawiają się mocniejsze skurcze. Buzię wykrzywia grymas bólu. Patrzę zafascynowany, kibicuję. I liczę skurcze.

Kaśka znów na piłce. A skurcze nadal słabe.  

Pani położna zarządza badanie. I mówi, że szyjka macicy twarda jak stal. Ale, jako, że udało jej się wepchnąć dwa palce, zarządza znieczulenie. Idea jest taka, że znieczulenie rozluźni Kaśkę, rozszerzy szyjkę i spotęguje skurcze.

Wchodzi pan doktor ze sprzętem. A ja widząc igły i strzykawki, postanawiam wyjść. Boję się, że zemdleję. I wychodzę. A jak wychodzę to kręcę się po korytarzu i myślę, ze nie mogę tak zostawiać Kaśki. Że ona tam sama, że ją będzie boleć.

I wracam. I klękam przy łóżku. I biorę ją za rękę.

Nadchodzi bolesny skurcz. Kaśka ściska mnie za rękę. Siłujemy się. Skurcz mija. Pan doktor wbija się w kręgosłup. Robi mi się słabo. I wtedy przychodzi następny skurcz. Kaśka ściska mnie za rękę. Patrzę jak grymas bólu wykrzywia jej buzię, widzę pana doktora jak wkuwa się w kręgosłup, pot pojawia się na moim czole.

- Kocham Cię. Kocham. Damy radę – gadam w myśli.

Kaśka rozluźnia chwyt. Doktor wyciąga coś w rodzaju cieniutkiego cewnika i łączy go z igłą. Czy on nie może się pośpieszyć? – myślę. A doktor spokojnie. A Kaśka znów ma skurcz. A ja blady, spocony. Doktor wreszcie skończył.

- Za dziesięć minut poczuje pani ulgę – mówi doktor.

Zaczynam liczyć czas.

I potem robi się wesoło, bo nic nie boli, a skurcze rosną. Tylko ta przeklęta szyjka nie chce puścić. Spokojnie, spokojnie, choć z drugiej strony nie za spokojnie, bo za dwie godziny znieczulenie zejdzie i będzie kłopot.

Tak czy siak, muszę coś zjeść. Jest czternasta, a tu się zanosi, że to jeszcze potrwa. Muszę się wzmocnić. Wychodzę na dwór. Świeci słońce, chodzą ludzie, a ja jak z filmu. Kupuję kiełbasę, bułkę i jogurt. Jem na płotku, palę papierosa, gapię się na ludzi. Jak nie z tego świata…

23:57, pawel.grodzki
Link Komentarze (81) »
Dzień dwieście czterdziesty dziewiąty (11 września - poniedziałek) CZĘŚĆ II

...wracam a sytuacje wcale nie jest lepsza.

Kaśka oddycha jak szalona i nic.

- Słabo mi – mówi. I widać, że blada.

A tu jeszcze zaczyna spadać Tosi puls. Wiem, bo siedzę koło maszyny, która go odmierza. Czuję jak na sercu robi mi się ciężko. Jak w brzuchu wyrasta głaz. Ale nic nie mówię, bo nie chcę straszyć Kaśki.

Położna patrzy kontem oka na maszynę i też nic nie mówi. Przewraca Kaśkę na bok, porusza brzuchem. Puls wraca do normy. Kaśka zaczyna oddychać intensywniej.

A ta szyjka jak zaczarowana. Ani drgnie.

Mam wrażenie, że sytuacja robi się ciut dramatyczna. No, bo od odejścia wód płodowych minęło przecież prawie dwanaście godzin.

I wtedy położna wpada na pomysł, żeby jeszcze raz znieczulić Kaśkę. Tym razem na siedząco, co spowoduje, że znieczulenie spłynie niżej i rozluźni szyjkę.

Udało się! Rozwarcie sięga dziewięciu centymetrów.

Skurcze stają się potężne.

- Idzie – mówi położna i każe Kaśce przeć.

I Kaśka prze. Na siedząco, w kucki, na czworaka. Krzyczy, wzdycha, oddycha. A ja stoję i trzymam ją za rękę. I patrzę na jej wykrzywioną bólem buzię i łzy mi stają w oczach. Chce mi się płakać z bezsilności, współczucia, miłości. Moja kochana Kaśka!

- Już nie mogę – mówi i łzy leją jej się z oczu.

- Możesz. Paweł cię przytrzyma – mówi położna.

No to ją trzymam. I Kaśka prze. A ja stoję, trzymam i chlipię. I boję się, żeby Kaśka mojego chlipania nie wzięła za śmiech. Bo jakoś to podobnie brzmi.

I znowu Kaśka zmienia pozycję. Położna mówi, że już prawie widzi Tosię. I Kaśka walczy. I krzyczy i wyje. Ściska moją rękę. Pot płynie mi po plecach, po rękach. Boję się, że Kaśka mi się wyślizgnie. Ściskam ją jeszcze mocniej.

A w przerwach między skurczami, głaszczę ją po głowie. I nagle Kaśka całuje mnie w rękę. Wzruszenie ściska mi krtań.

– Jesteś taka dzielna. Taka kochana – mówię.

- Ty też – ona na to słabiutkim głosem.

Boże jak bym chciał, żeby już nie cierpiała.

- To wszystko dla Tosi – mówię.

- Wiem – odpowiada Kaśka. I znów zaczyna wyć.

Położna woła koleżankę. Wyraźnie poród nabiera tempa.

- Już jest główka – mówi i bierze Kaśki rękę i dotyka nią główki Tosi. Kaśka się uśmiecha. Mnie też robi się wesoło. Nadzieja zastępuje uczucie bezsilności.

Kolejny skurcz. Kaśki buzia w podkówkę, zaciśnięte usta, a potem krzyk przerażający, aż bębenki trzeszczą.

- Jest – krzyczy położna. Kaśki ręka nurkuje pod brzuch. Dotyka. Na buzi natychmiast pojawia się uśmiech. Niesamowita zmiana. Jestem szczęśliwy, że to się skończyło.

Położna podaje Kaśce dziecko. Nasza Tosia jest ogromna. Jestem zdziwiony jak strasznie jest wielka. I jaka ładna. Jakie ma śliczne rączki, włoski, nosek.

Otworzyła buzię i charczy i pluje wodami płodowymi. Płacze.

Podciągam Kaśce koszulę, a pani położna kładzie jej Tosię na piersi. I wyciera z krwi, śluzu i innych takich.

Śliczna jest moja Tosia.

Całuje Kaśkę w policzek. Jestem pełen podziwu, miłości, czułości. Jestem jej wdzięczny za to, że urodziła Tosię.

I cieszę się, że to już koniec, bo łeb mi po prostu pęka, bo boli mnie kręgosłup, bo czuję się jak naćpany. Adrenalina działa.

A potem na chwilę wychodzę z salki, siadam na schodkach, zapalam papierosa i wysyłam sms-y: „Tosia jest już na świecie! I jest wielka!”.

A potem wracam i nie mogę się nadziwić, że mam córkę. I to taką fajną.

I patrzę na Kaśkę i nie mogę się nadziwić, że jest taka piękna, taka radosna. A przecież jeszcze kwadrans temu…

I nawet teraz nie przeszkadza jej, że ma zszywaną szyjkę macicy. Na co ja już oczywiście nie mogę patrzeć. Zresztą nie patrzę, bo gapię się na Tosię.

I mówię do niej: - Cześć Tosia – a ona na mnie patrzy i wystawia język.

A potem ważymy ją, mierzymy, przebieramy w śpioszki w kwiatki.

A potem Kaśka z Tośką jadą na piętro do swojego pokoju.

I w końcu wychodzę. I idę sobie ulicami. I gdziekolwiek spojrzę widzę Tosię w śpioszkach w kwiatki. I wtedy czuję radość. Aż mi się twarz wykrzywia w uśmiechu.

Za to jak tylko zamykam oczy, to widzę Kaśkę jak leży na łóżku, krzyczy i ściska mnie za rękę. A potem uśmiecha się promienie, bo wreszcie się udało. A mnie ogarnia miłość, wdzięczność, czułość i niewysłowiona bliskość. Aż mi się chce płakać. Ze szczęścia, ze wzruszenia.

23:56, pawel.grodzki
Link Komentarze (235) »
niedziela, 10 września 2006
Dzień dwieście czterdziesty szósty (8 września – piątek)

Pełnia się spełniła, a Tosia jak wypełniała Kaśki brzuch, tak nadal wypełnia.

O kurcze, o kurcze – gdzie te skurcze?

Zjadamy śniadanie i idziemy na KTG.

Bum, bum, bum – pulsuje Tosine serce. Równo, mocno.

Kaśka znika w lekarskim gabinecie.

- Z Tosią wszystko w porządku – mówi Kaśka po wyjściu. I dodaje, że póki co nie ma żadnych oznak zbliżającego się porodu.

O rety! O rety!

Wychodzimy ze szpitala, idziemy i rozmawiamy. O tym, że wielka się ta nasza córka urodzi. Że mądra. Że miała za młody brzuszek i widocznie musi go podtuczyć.

Zaczyna padać deszcz i robi się smutno.

- Ja już mam dość – mówi Kaśka. – Ile jeszcze mamy czekać?

A ja na to, że tyle ile trzeba. I dodaje, że w sumie to nie wiadomo, kiedy ma się urodzić, prawda? I według mnie to dopiero w poniedziałek mija termin.

A Kaśka patrzy groźnie. Aż strach coś o tym terminie gadać.

- Za nim się urodzi, to zdążymy sobie do gardeł skoczyć– mówi Kaśka.

- To już ostatnie chwile, gdy jesteśmy tylko we dwoje. Cieszmy się – próbuję bohatersko zmienić punkt widzenia. Ale jakoś bez przekonania to robię, bo prawdę mówiąc sam mam dość tego czekania. Kurde bele w pysk.

- W każdym razie, niezależnie od tego czy Tosia urodzi się w tym tygodniu, ja piętnastego biorę urlop – mówię. I cieszę się, że w tej sprawie już coś postanowiłem, bo chodziło to za mną od dawna.

A potem idę do pracy.

I kilkanaście razy odpowiadam na pytania: „czy już?”, „no to kiedy?”

A potem dzwoni ojciec i mówi, że on tak tylko, bo wie, że nie należy pytać, bo to nas denerwuje, ale w sumie, no to kiedy?

- Nie wiem, nie wiem, nie wiem – mówię.

A ojciec delikatnie, no, bo przecież wie, że my się denerwujemy, ale on chciałby wiedzieć, czy jednak wszystko jest w porządku, że Tosia się jeszcze nie rodzi.

- W porządku – mówię i dodaję, że byliśmy u lekarza i wszystko jest pod kontrolą.

- No, to dobrze, no to cześć – mówi ojciec.

A potem wracam do domu, jemy kolację, gadamy i ja idę na parapetówę do kolegi. Kaśka nie idzie, bo się boi, że ktoś ją zapyta: „kiedy?” a, ona się wnerwi.

No to idę sam.

- Kiedy? A jak Kaśka? Dobrze? Denerwujecie się? – pytają znajomi.

A ja im mówię, że już dość mamy tych pytań, bo nie wiadomo, co tu odpowiedzieć. I, że sprawa stała się naprawdę denerwująca, bo jak nie odbieramy telefonów lub, sms-ów to wszyscy myślą, że już. A my po prostu nie odbieramy, bo ile można mówić, że „jeszcze nie”.

- Musisz nam dać znać, bo my chcemy sobie urządzić pępkowe – mówi przyjaciel. I dodaje, że oczywiście beze mnie, bo ja przecież nie piję alkoholu.

A mnie krew zalewa. Zły się robię strasznie. Twarz mi tężeje, kark się napina, no wściekły jestem potwornie.

- Ale przecież możecie ze mną, tylko bez alkoholu – mówię.

A on łyka wino z kieliszka i mówi, że bez alkoholu to mogę sobie zrobić z kolegami z grupy terapeutycznej.

A ja mówię, że to wy jesteście moimi przyjaciółmi. I jestem wściekły i jest mi przykro, bo się okazuje, że sprawa jest nie do przeskoczenia.

- Alkohol musi być na pępkowym – włącza się koleżanka. – Inaczej jest niedobrze dla dziecka – dodaje i śmieje się wesoło i popija drinka.

- Taki zwyczaj – dorzuca ktoś inny i bierze łyk wina.  

A ja się pytam czy to nie jest absurdalne, że na pępkowym nie będzie taty, czyli mnie?

A oni mówią, że nie, bo oni też przeżywają nasz poród i muszą odreagować.

- A można przyjść już pijanym? – pyta kolega, który widocznie wpadł na pomysł kompromisowego rozwiązania sprawy.

Rety, rety! Kurde, kurde! No strasznie denerwująca sprawa. I bardzo przykra, bo się okazuje, że najważniejszy jest alkohol.

Ale się nie poddaję. I mówię, że dla mnie jest ważne, żeby być z kimś po porodzie, bo jak wyjdę ze szpitala, to mogę mieć głupie myśli i chciałbym z kimś pogadać, bo jako, że nie piję, nie mam jak inaczej odreagować.

- O Kaśkę byś się lepiej martwił, a nie o siebie – mówi koleżanka.

A ja na to, że po dwudziestej będę musiał wyjść ze szpitala i nic już nie będę mógł dla niej zrobić. Poza tym ona będzie w szpitalu pod opieką. A ja nie. I, że te emocje będą takie wielkie, a ja przecież jestem hazardzistą i boję się, że jak się nie rozładuję, to może się skończyć fatalnie. I właśnie, dlatego nie mogę pić, dlatego nie piję.

A oni, że mi nie pozwolą pójść do kasyna. Przyjaciel to nawet proponuje, że się do mnie kajdankami przypnie. A ja sobie myślę, że on nic nie rozumie, idiota jeden. Bo co mi z tego, że dziś się przypnie, a jutro? A pojutrze?

- Egoisto! – mówi koleżanka i popija drinka. – O Kaśkę się martw!

- Jak jej zrobisz krzywdę to zobaczysz? – mówi kolega.

- Ona jest taka wspaniała. O nią się masz troszczyć – dodaje koleżanka ziejąc wódą.

- No to ja muszę już iść, bo Kaśka na mnie czeka – mówię. A oni jeszcze rzucają kilka dobrych rad. Jak mistrzowie świata!

No naprawdę bardzo to wszystko przykre.

I wracam do domu. I opowiadam o wszystkim Kaśce.

- Bardzo się o mnie troszczysz i jestem taka szczęśliwa, że nie pijesz. To mi daje ogromne poczucie bezpieczeństwa, a poza tym nie chciałabym, żebyś skacowany i śmierdzący odwiedzał mnie w szpitalu – mówi.

Kochana Kaśka!

23:00, pawel.grodzki
Link Komentarze (20) »
sobota, 09 września 2006
Dzień dwieście czterdziesty piąty (7 września - czwartek)

Kaśka budzi się niewyspana i zdenerwowana. Dość już ma czekania. Zupełnie jak ja.

Do tego w nocy bolał mnie kręgosłup. I to nie tylko szyjny. Jestem cały obolały. Zupełnie jak Kaśka. Czyżbym, aż tak się wczuł?

Jednym zdaniem: od kilku dni czuję się jakbym siedział na jaju i nie mógł z niego zejść.

W pracy boję się zacząć większą robotę, bo musiałbym wyjechać z miasta, a wtedy nie daj Boże Kaśka zacznie rodzic i nie zdążę wrócić.

Niepewność i oczekiwanie. Napięcie i stres.

Ale spokojnie, dziś pełnia. A w czasie pełni, jak uczyli na szkole rodzenia, trzaskają pęcherze płodowe. Może, więc dziś się stanie! Kto wie, kto wie?

Zjadamy śniadanie i idę do pracy.

- Już mam lepszy humor – dzwoni Kaśka i opowiada, że była u koleżanki, która cztery dni temu urodziła synka.

- Taki malutki jest, taki tyci – mówi słodko. – Oglądałam go, asystowałam w przewijaniu. Słodki jest bardzo – mówi i dodaje, że z pewnością warto czekać.

A potem dodaje, że zaraz idzie na kolejne spotkanie ze znajomą mamą.

- Mam dziś dzień mam – mówi Kaśka i dodaje, że bardzo mi dziękuje za to, że ja taki cierpliwy dla nie jestem.

- No, bo ostatnio jestem chyba trochę przykra. I miewam humory – mówi.

A ja na to, że owszem, ale mi to nie przeszkadza. I bardzo mi przyjemnie, że mi podziękowała, że mnie doceniła.

- Poza tym ja też mam humory – mówię i biegnę do szkoły nauki jazdy, na moją pierwszą lekcję za kierownicą.

- Jak tam ciąża? – pyta pan instruktor.

- Jak tam ciążą? – pyta szefowa szkoły.

- Czekamy, czekamy – odpowiadam, a pan instruktor i pani szefowa mówią, że to czekanie jest najgorsze.

A potem jeździmy, jeździmy, i jak parkujemy to lecę do sklepu, bo dziś moja kolej robienia kolacji.

- Jak tam żona? – pyta pani w mięsnym.

A ja zaskoczony, bo niby skąd ona wie. A potem przypominam sobie, że kiedyś jak kupowałam kurczaka to prosiłem, żeby mi najpiękniejszego wybrała, bo to na rosół dla żony w ciąży.

- Czekamy – mówię.

- A gdzie będziecie rodzić? – pyta pani sprzedawczyni. No to ja mówię gdzie, a pani sprzedawczyni, że ona też tam rodziła i tam jest najlepiej. I podaje mi polędwiczkę wieprzową. Najpiękniejszą, jaką ma. A ja jej dziękuję za troskę. A pani sprzedawczyni się czerwieni, że aż jej przez gruby makijaż rumieniec przebija.

A potem robię kolację, jemy i po jedzeniu siadamy sobie przed telewizorem, bo jest taki film, który chcemy obejrzeć. I wtedy dzwoni Kaśki telefon. Biegnę po niego, a na wyświetlaczu, że to moja matka. Kaśka daje znak, że nie chce odebrać. A ja nie mogę się opanować, bo to moja matka nie?

I odbieram, a matka mówi, że dzwoni do Kaśki. A ja kłamię, że Kaśka w łazience. No, to matka mówi, że zadzwoni za chwilę. No i Kaśka jest na mnie zła, bo nie dość, że okłamałem matkę, to jeszcze ona będzie musiała rozmawiać, a to na pewno będzie rozmowa o ciąży, a ona ma już dość.

- Przepraszam – mówię. I czuję się taki winny, beznadziejny. No, bo, po co ja ruszałem ten telefon, skoro on nie mój? Po co się wtrącam?

A telefon dzwoni. I Kaśka odbiera. I słyszę, że jest o ciąży. I Kaśka mówi, że ma dość tych pytań, po prostu sprawiają jej przykrość i ona nic nie może na to poradzić. A potem odkłada telefon i mówi mi, że moja matka się obraziła.

- A ja nie chciałam jej zrobić przykrości – mówi a  buzię ma w podkówkę.

Co ja narobiłem – myślę i czuję się jeszcze bardziej winny. I film mi się już nie podoba wcale. Najchętniej bym przewinął wszystko od początku!

A Kaśka wstaje z kanapy i idzie do drugiego pokoju. I nie wraca. No to idę zobaczyć, co się stało. A Kaśka leży i płacze. I mówi, że nie chciała sprawić mojej mamie kłopotu.

- Co ja narobiłem? – myślę.

Ale biorę się w garść i mówię, że to przede wszystkim moja wina. A poza tym, że nic się nie stało.

- Powiedziałaś tylko, że masz dość takich rozmów i tyle. Zresztą skoro mamy być rodziną, ty, ja moi rodzice, twoi itd., to musimy się nauczyć tolerować. I przecież wiadomo, że nie zawsze będzie różowo. I dlatego bardzo dobrze, że stało się tak, jak się stało – mówię. I całuję Kaśkę w czoło. I pocieszam jak umiem. Wracamy na film.

I oglądamy, a tu nagle przychodzi sms od przyjaciela.

„Dziś pełnia i do tego zaćmienie księżyca. Dobra okazja :-)”

„Jesteśmy gotowi” – odpisuję i powoli zaczyna do mnie docierać, co Kaśka ma na myśli mówiąc, że ją denerwuje ta ciągła troska o nasz poród.

 

14:17, pawel.grodzki
Link Komentarze (25) »
czwartek, 07 września 2006
Dzień dwieście czterdziesty czwarty (6 września - środa)

- Ależ to się wszystko pozmieniało - myślę sobie leżąc w łóżku i patrząc na Kaśkę.

Jeszcze siedem miesięcy temu, co ja mówię, miesiąc temu, na myślę, że Kaśce odejdą wody płodowe, wpadałem w panikę. A teraz? Teraz to jak jej wreszcie te wody odejdą, to chyba odtańczę taniec radości. No, bo to będzie znaczyło, że już, że wreszcie Tosia wychodzi z brzucha.

- Jak to wszystko jest sprytnie zorganizowane - mówię do koleżanki w pracy.

A ona, że właśnie tak. I, że teraz gdy już tak bardzo chcemy, żeby się Tosia urodziła, to poród pójdzie jak z płatka. Że ból i trud nabiorą innego znaczenia.

- Tak to jest właśnie zorganizowane - mówi.

A ja dzwonię do Kaśki, bo chcę jej o tym powiedzieć, podzielić się odkryciem.

A Kaśka ma wyłączony telefon.

A ja się denerwuję. I dzwonię, dzwonię, dzwonię...

- Dlaczego miałaś wyłączony telefon - pytam wchodząc do domu.

- Bo zapomniałam włączyć - mówi Kaśka z rozbrajającym uśmiechem.

- Nie zapominaj. Proszę - mówię.

A Kaśka siada na fotelu i mówi, że ma depresję. To znaczy nic jej się nie chce, tylko płakać.

A ja się pytam dlaczego.

A Kaśka mówi, że nie wie czyli tak jak w depresji przystało.

A ja potem sobie gadamy o tym, że kilka dni temu się pokłóciliśmy.

- Jak mi powiedziałaś, że mam włożyć te naczynia do zmywarki, to się zagotowałem. Zwłaszcza, że było w tym dużo złości - mówię.

- I za to Cię przeprosiłam. To znaczy za to, że się na tobie wyładowałam - mówi Kaśka i dodaje, że niezależnie od tej złości, wkładanie naczyń do zmywarki jest po prostu moim obowiązkiem.

A ja czuję jak narasta we mnie bunt i sprzeciw. No, bo po pierwsze to nie jest jasne, że to mój obowiązek. Przecież nigdy to nie zostało oficjalnie ogłoszone. A poza tym niby co by się takiego stało gdyby Kaśka te naczynia do zmywarki włożyła. Świat by się zawalił czy co?

- Zostawiasz naczynia w zlewie, wychodzisz, a ja zostaję w domu i one mi przeszkadzają. I oczywiście mogę je schować tylko czasem mnie to złości, że to ja to muszę robić - mówi Kaśka. I dodaje, że w takich sytuacjach ma wrażenie, że ją olewam, że jej nie szanuję, bo uznaję, że są ważniejsze rzeczy niż schowanie głupich naczyń do zmywarki.

- I wtedy sobie myślę, że potem jak zostanę z dzieckiem to będziesz myślał, że to, że się nim zajmuję, to nic wielkiego. Że nie będziesz tego szanował - mówi.

A ja kiwam głową, bo ma niewątpliwą rację, ale tak w głębi serca wcale się z nią nie zgadzam. Brzuch się ściska, bunt narasta.

- Ale tego dnia naprawdę się śpieszyłem - mówię. - I wydało mi się, że nic się nie stanie jak naczynia do zmywarki włożę później. Poza tym tego dnia robiłem śniadanie, zakupy - mówię. I wtedy dociera do mnie, że ja już tak mam, że liczę rzeczy, które zrobiłem. I, że jak pójdę do sklepu, zrobię śniadanie to uważam, że teraz mi się należy nagroda. Albo przynajmniej anulowanie kolejnego obowiązku. Jednym słowem, że czasem ciężko mi zrobić coś ot tak po prostu. Tak zwyczajnie.

- Ja nie liczę tego co robię - mówi Kaśka. I jako przykład podaje, że tylko ona robi pranie.

- To prawda - mówię, bo prawda jest taka, że ja pralki nie tykam. I bunt ustępuje. I mówię, że teraz będę wkładał naczynia do zmywarki.

- Jak będzie Tosia to obowiązków będzie znacznie więcej i nie możemy się liczyć - mówi Kaśka i z wdzięcznością przyjmuje moją deklarację.

Fajnie, że o tym pogadaliśmy. Mam poczucie, że niebo w pełni się rozpogodziło.

I idę oglądać mecz z kolegami.

- Tylko nie wyłączaj telefonu - mówię do Kaśki i proszę by w razie czego wysłała sms-a z literką „r” jak „rodzę”.

I wychodzę, a po drodze walczę z poczuciem winy, że może powinienem z Kaśka zostać. No, bo ta depresja.

- Musisz też dbać o siebie i trochę pobyć z przyjaciółmi. To ważne - rozbijam poczucie winy.

A potem jest mecz. Koledzy piją wódę, piją piwo, palą papierosy. Bardzo męska atmosfera. Żarciki, przycinki, kurwy i chuje.

A po meczu: „czy już?”, „kiedy?”, „na zdrowie”, „denerwujesz się?”, „a ja myślałem, że już”, „pozdrów żonkę”, „sto lat”, „trzymaj się”, „zdrówko”, „daj znać jak się urodzi”, „chłopiec czy dziewczynka, bo zapomniałem”, „twoje zdrowie”, „cieszysz się”, „hurra”, „będzie dobrze”...

W sumie bardzo to miłe, choć trochę męczące. Zwłaszcza, że ja nie piję.

I wychodzę szybko, a oni zostają. I jak wychodzę to myślę, że kurde to naprawdę niezłe, że ja nie piję. Bo przecież teraz wracałbym podcięty. Co ja mówię wracał, siedziałbym tam jeszcze, a dopiero potem wracał. No, ale w końcu bym wracał, a tu nie daj Boże skurcze. A tak to proszę bardzo, kiedy tylko Tosia zachce, o każdej porze dnia i nocy, tata jest zwarty, tata jest gotowy.

I radośnie wkraczam do domu, a Kaśka już prawie śpi.

I całuję ją w policzek, a ona mówi, że brzuch ją boli.

- Skurcze? - pytam z nadzieją w glosie i gotuję się do dziękczynnego tańca.

- Tak, ale bardzo delikatne - odpowiada Kaśka i dodaje, że takie skurcze jak ona ma teraz to można mieć przez tydzień.

Zobaczymy, zobaczymy! Za dwa dni pełnia!

13:26, pawel.grodzki
Link Komentarze (27) »
środa, 06 września 2006
Dzień dwieście czterdziesty trzeci (5 września - wtorek)

- Już nie mogę - mówi Kaśka i wstaje z kanapy. Ból wykrzywia buzię.

- Wszystko mnie boli. Najmniejszy ruch sprawia mi przykrość - tłumaczy i idzie do kuchni. Podparta na biodrach, kaczkowatym chodem, z brzuchem wypiętym do przodu.

Patrzę na nią i z jednej strony jest mi jej żal, bo widać, że bardzo jej ciężko, a z drugiej strony jest mi wesoło, bo widać, że poród tuż, tuż.

Widziałem już kobiety, które poruszały się tak jak Kaśka teraz. Widziałem je w szpitalu, gdy przyjeżdżały w skurczach do porodu.

- Nie śmiej się ze mnie - mówi Kaśka z przekorną minką.

- Nie śmieję się z Ciebie, tylko uśmiecham się z radości. Cieszę się, bo po tobie widać, że poród tuż, tuż - mówię.

- Ze mnie się śmiejesz - droczy się Kaśka próbując ukryć uśmiech. 

- Skądże - ja na to i próbuję naśladować jej sposób chodzenia.

- Przestań - Kaśka wciąż udaje naburmuszoną, ale widać, że i jej wesoło.

A ja sobie myślę, że śliczna jest ta moja żona. Że uwielbiam te jej minki.

Poza tym coś się takiego z nią stało, że jak jest wesoła, rozluźniona, to buzię ma taką jakby miała z piętnaście, no może osiemnaście lat.

- Pięknie wyglądasz - mówię. I dodaje, że wcale dużo w tej ciąży nie przytyła. I, że jeśli o mnie chodzi to mogłaby nawet nie chudnąć.

- Fajnie jest mieć za co złapać. Nie musisz być szkieletorem - mówię.

A Kaśka się śmieje i mówi, że przytyła.

A ja patrzę na jej piękne, wysmukłe ramiona i naprawdę nie wiem o co jej chodzi.

I tak sobie gwarzymy, a tu nagle dzwoni telefon. I trzeba lecieć na parking, bo przyjechał kolega i przywiózł nam wyprawkę, a taka jest wielka, że sam nie da rady wnieść. 

- Ale pięknie wyglądasz - mówi kolega do Kaśki. Brawo! Brawo!

- W ogóle nie przytyłaś - dodaje. Wspaniale! Wspaniale!

Wnosimy pudła, siadamy, a kolega dokonuje prezentacji.

- To jest proszę was sterylizator, a to podgrzewacz do pokarmu. Tu są smoczki na dzień, a tu na noc, bo mają fosforyzujące końcówki i jak dziecku w nocy smoczek wypadnie, to łatwo go znaleźć i nie trzeba zapalać światła. Tu są buteleczki, tu smoczki, tu płyn do dezynfekcji. A tu taka specjalna torba na pokarm. Taka wiecie, jak lodówka, że temperaturę trzyma. Wybrałem dla was czerwoną, bo najładniejsza - kolega bierze łyk wody i kontynuuje swoim ładnym, lekko zachrypłym głosem.

- A tu jest torba na spacer. W środku kieszonka trzymająca temperaturę pokarmu oraz worek na zasrane pieluszki - pokazuje worek.

- Możesz go jeszcze raz pokazać - proszę, bo dla mnie ten worek wydaje się najważniejszy. Kolega pokazuje, a ja myślę, że fajny ten worek. Szczelny!

- A tu jest laktator. Paweł go złoży i będziesz miała dobrze - mówi kolega i dodaje, że laktator trzeba wysterylizować i zabrać do szpitala.

- Jak my ci się odwdzięczymy? - pyta Kaśka.

A kolega mówi, że mamy chodzić i go reklamować.

- A mógłbyś jako specjalista od laktacji wpłynąć na moją córkę, żeby już się urodziła - prosi Kaśka ze śmiechem.

A kolega mówi, że tego to nawet on zrobić nie może. A potem bierze łyk wody i znika.

A my zostajemy z całą tą masą tych dziecięcych rzeczy i ja sobie myślę, że kurde, strasznie tego dużo.

- Czy mamy to wszystko ze sobą wozić? No i gdzie to wszystko trzymać? - marudzę, ale się cieszę, bo strasznie fajne te rzeczy.

A Kaśka majdruje przy laktatorze. No to biorę go od niej i składam. I Kaśka zaczyna nim ruszać i przykłada sobie do piersi i mówi, że nic nie czuje, że chyba go źle złożyłem.

Przykładam go do policzka, pompuję, ale rzeczywiście jakoś nie czuję ssania. 

Przykładam go do własnej piersi. I pompuję. I się zasysa, aż zaczyna boleć. Czyli działa.

I nawet jak idę spać to jeszcze boli.

Taki jest los ojcowskiej piersi: dużo ryczy, a mleka nie daje!

12:59, pawel.grodzki
Link Komentarze (27) »
wtorek, 05 września 2006
Dzień dwieście czterdziesty drugi (4 września - poniedziałek)

No i nie wytrzymaliśmy...

Rano wstaję rano i idę po bułki. Wracam i robię śniadanie. To znaczy dla siebie, bo Kaśka zadowala się grahamką z miodem. A ja walę grzanki z bekonem i jajka sadzone.

Zajadam i opowiadam co dziś będę robił.

- Muszę oddać książkę, a potem pojechać zrobić sobie zdjęcie RTG, bo kręgosłup mi nawala. No i potem do pracy - mówię.

A Kaśka pyta, o której wrócę.

A ja, że koło osiemnastej.

- Dlaczego tak późno? - pyta Kaśka.

A ja odpowiadam, że nie wiem, o której dotrę do pracy, bo przecież muszę oddać książkę, no i to zdjęcie sobie zrobić.

- Poza tym nie chcę się śpieszyć. W zeszłym tygodniu umawiałem się z Tobą, że wcześniej wrócę, a potem ciągle pędziłem - mówię i zaczynam pakować się do wyjścia.

- Może byś przed wyjściem powkładał naczynia do zmywarki - mówi wtedy Kaśka.

A mnie jakby błyskawica, jakby ktoś dźgnął w tyłek. Złość mnie zalewa jak fala. Ale zagryzam usta i idę do kuchni. A w głowie myślę sobie, że kurde przecież się śpieszę i, że te naczynia można włożyć później. Ale je wkładam. A jak je wkładam to Kaśka wchodzi do kuchni i pyta dlaczego w sumie wrócę dopiero o szóstej. I wtedy wybucham!

Mówię podniesionym tonem, że nie wiem czy o szóstej, ale myślę, że wcześniej nie dam rady.

- Przecież ja pracuję do diabła czarnego - krzyczę.

I myślę sobie, że oto mam za swoje, bo w zeszłym tygodniu trochę mniej pracowałem i Kaśka się przyzwyczaiła.

I wkładam te naczynia i wychodzę z domu. Wściekły!

I myślę sobie, że kurde trzeba uważać, bo dasz palec, a oni całą rękę. I, że jak Tosia się urodzi to muszę dbać, by mi na głowę nie weszła. I to nie tylko chodzi o pracę, ale również o granie z kumplami w piłkę, spotkania raz w tygodniu. Bo przecież jak nie będę miał czasu dla siebie to oszaleję i nikt pożytku z tego mieć nie będzie.

- Najgorzej, że o wszystko trzeba walczyć - mówię sobie i kopię w jakiś kamyk co mi się pod nogą znalazł. Kopię mocno!

I od razu czuję, że jakby mi ulżyło.

A jak mi ulżyło, to od razu mi do głowy przyszło, że może to i dobrze, że trzeba walczyć, bo przynajmniej się nauczę dbać o swoje. A przecież tego nie umiem, nie potrafię.

- Ale, że też się przyczepiła, żebym włożył te naczynia do zmywarki. A ja przecież po bułki poszedłem, śniadanie zrobiłem - próbuję jeszcze trochę się nakręcić.

Ale prawda jest taka, że ona nic nie zjadła z tego co kupiłeś - myślę sobie. - Poza tym sam chciałeś iść do sklepu. Ona cię nie prosiła. Mało tego! Jedyne o co cię poprosiła to o to, żebyś te naczynia schował, a ty od razu się wściekłeś. Taka prawda, taka prawda, kochaneczku - myślę sobie.

I jadę tą książkę oddać. I wchodzę do szpitala dla dzieci, bo to książka ze szpitala, a tu rwetes ogromny. Naciskam guzik i czekam na windę. A za moimi plecami płacz dzieci, krzyki, pocieszające szepty rodziców. O rety, o rety!

- Mamo tak mnie boli! Ja nie chciałam igły - łka dziewczynka i trzyma się za rękę.

Mama ją pociesza, wyjmuje z torby misia. Ale dziewczynka nie chce, dziewczynka płacze, łka żałośnie.

Oj żeby tylko Tosia była zdrowa - myślę. I już nie mogę się doczekać kiedy przyjedzie winda i zabierze mnie z tych płaczów, z tych jęków, z tych smutków.

I wreszcie jest. Oddaję książkę i uciekam ze szpitala. I straszną mam ochotę zadzwonić do Kaśki, opowiedzieć jej wszystko. Ale sobie przypominam, że jesteśmy pokłóceni.

I wtedy dostaję sms-a od Kaśki. Że przeprasza, że jest wykończona tym czekaniem na poród, że trochę sobie ze sobą nie radzi. Tak go przynajmniej czytam, bo treść literalna jest ciut inna, przede wszystkim znacznie dowcipniejsza, ładniejsza.

I odpisuję, że wiem, że ją kocham i niech się nie przejmuje, bo ja też nie jestem święty. Oj nie!

A potem robię sobie zdjęcie kręgosłupa i jadę do pracy.

I wracam koło szóstej, a do głowy przychodzi mi myśl, żeby kupić Kaśce kwiaty. Nie chce mi się trochę, bo muszę przystanek wcześniej wysiąść, ale się zmuszam, bo sobie myślę, że będzie jej przyjemnie. Mnie zresztą też. I kupuję różyczki w doniczce. 

- Dziękuję bardzo - mówi Kaśka i idzie postawić różyczki na parapecie w kuchni. Bardzo powoli idzie. I trzyma się za plecy, jak jakaś babcia, albo kobieta w zaawansowanej ciąży.

- Kręgosłup mnie boli - mówi.

A potem dodaje, że w ogóle ma wszystkiego dość.

- I jeszcze wszyscy dzwonią i pytają kiedy rodzę, a mnie to złości.. Bo ja sama nie wiem kiedy i tak bardzo bym chciała, żeby już - mówi Kaśka i podaje zupę. Pyszna, gorąca.

A potem jest jeszcze ciasto z lodami.

Jem i żal mi się Kaśki robi. I oferuję się z masażem. Ale ona nie chce. No to gadamy, a potem czytamy, a potem idziemy na urodziny koleżanki.

To znaczy na początku Kaśka nie chce iść, bo się boi, że jest w takim nastroju, że jak ktoś jej nie daj Boże coś nie tak powie, to ona wybuchnie i będzie nie fajnie. Ale zmienia zdanie i idziemy.  

No i człapiemy do tramwaju, a Kaśka stąpa powoli i się za kręgosłup trzyma. Biedaczka prawdziwa. Bardzo mi jej żal.

A potem wsiadamy do tramwaju, Kaśka zajmuje miejsce i oddycha z ulgą.

- Może zaraz po urodzeniu Tosi zrobimy sobie drugie dziecko? - błyskam angielskim poczuciem humoru. Ale Kaśkę to nie śmieszy.

- To chyba beze mnie - mówi.

A potem wchodzimy na przyjęcie i jest bardzo miło. Napięcie powoli się ulatnia, powoli łapiemy dystans.

Jutro kolejny dzień czekania!

15:37, pawel.grodzki
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 04 września 2006
Dzień dwieście czterdziesty pierwszy (3 września - niedziela)

Budzę się pełen napięcia i dziwnej niechęci.

No, bo będę musiał sprzątać, no bo wczoraj zbyt długo oglądałem telewizję, no bo pogoda nienajlepsza,...

Jednym słowem wszystko jest na nie.

I jemy śniadanie, ja marudzę, a Kaśka słucha.

Potem zmiana.

- Ja też nie najlepiej się czuję - mówi Kaśka. I dodaje, że chciałaby już urodzić, że ma dość czekania, że jest w niej dużo niecierpliwości.

No to próbuję ją pocieszać. Mówię, że Tosia urodzi się wtedy kiedy przyjdzie na nią pora i, że to dobrze, że urodzi się w terminie. Poza tym to już naprawdę niedługo. I kilka innych tego typu mądrości rzucam.

A Kaśka na to, że to wszystko wie, ale jest niecierpliwa i tyle.

A ja jeszcze coś próbuję mówić, w stylu, że rozumiem, że ma dość, ale przecież na początku bała się, że nie donosi, a donosiła więc może z tego należałoby się cieszyć. I czuje, że im więcej mówię tym więcej sił ze mnie uchodzi. I, że nie mam siły jej wspierać, bo po prostu mnie samemu chce się wyć z niechęci i tyle.

I rozmowa się urywa.

I bierzemy się do sprzątania.

Kaśka za kuchnię i łazienkę, ja za resztę. No i zakładam na uszy słuchawki, puszczam swój zestaw do sprzątania i ruszam w tan. Problem w tym, że muzyka mnie nie cieszy, a jeszcze kręgosłup zaczyna boleć. Próbuję nie zwracać na to uwagi. I sprzątam. I podśpiewuję sobie.

- Czy możesz przestać wyć? Choćby na pięć minut - złości się Kaśka w łazience. Kaśka strasznie nie lubi jak ja śpiewam.

No to przestaję wyć, a w głębi ducha narasta we mnie złość i bunt. No, bo nie dość, że ciężko mi się sprząta, to jeszcze nie mogę śpiewać. Więzienie, kierat, harówa!

I sprzątam i myślę, że ta Kaśka to nie powinna tak do mnie mówić. Poza tym jak jej się nie podoba to niech sobie na spacer pójdzie, albo nie wiem co, zatyczki niech sobie kupi.

Ale nie śpiewam. I nic nie mówię. Tchórz, tchórz, niewolnik i tchórz.

A Kaśka już skończyła, kładzie się w wysprzątanym pokoju i zasypia.

A ja sprzątam. I patrzę na zegarek. O pierwszej mamy iść na spacer, na obiad. A potem o szesnastej jestem umówiony z kolegami na piłkę.

- Wtedy sobie odpocznę - myślę i się tą myślą rozkoszuję. I sprzątam.

I wreszcie kończę, a Kaśka śpi. No to jej nie budzę tylko sobie czytam „Piotra Pierwszego” pana Tołstoja.

- Bardzo to ciekawe - myślę przewracając się na plecy. I nasłuchuję czy Kaśka się nie rusza. I myślę sobie oby tylko się nie obudziła, obym mógł czytać i czytać i nic innego nie robić. Ale Kaśka wstaje. No to ja też.

- Na spacer? - pytam.

A Kaśka, że tak i czy ja mam ochotę.

- Oczywiście, oczywiście - mówię. Tchórz, tchórz, tchórz! Bo wcale nie mam ochoty na spacer. Bo bym chciał czytać. Ale nie potrafię tego powiedzieć, bo przecież się umówiliśmy. Tchórz!

I wychodzimy. I Kaśka pyta jak się mam. A ja mówię, że jestem wkurzony. A ona pyta dlaczego. A ja kłamię i mówię, że nie wiem. A potem pytam jak ona się ma. A ona mówi, że lepiej. I idzie sobie. I nawet na mnie nie patrzy. No to ja też nie. I pilnuję, żebyśmy się ramionami nie zetknęli. I wścieka mnie, że razem wyszliśmy, a osobno idziemy. I w ogóle strasznie mnie Kaśka denerwuje. I patrzę na nią, a ona jakaś taka smutna. A mnie to wścieka, że ona taka smutna, bo przecież mówiła, że jej lepiej. I po brzuch się gładzi. Męczennica!

I jak to myślę to robię się naprawdę zły. I czuję, że mam ochotę się kłócić. A z drugiej strony, że chciałbym to jakoś przerwać, jakoś się wyluzować. Ale nie mogę. Wszystkie myśli idą w stronę Kaśki, a każda zaczepna.

- Dlaczego się gładzisz po brzuchu? - pytam.

- Bo kłuje. Często mnie kłuje - odpowiada Kaśka. No właśnie, no właśnie. Męczennica. Często ją boli, ale ona nic nie mówi. A ja się nawet nie domyślam, że ją kłuje. Ona męczennica, a ja nieczuły mąż. Do dupy, do dupy. Wściec się można!

- A jak mówiłaś, że ci lepiej, to co miałaś na myśli? - pytam.

A Kaśka na to, że to, że lepiej niż rano. I pyta czy ja mam ochotę z nią iść, czy może wolałbym sam. A ja, że z nią. Tchórz! Tchórz! Tchórz!

- A może ty masz ochotę na samotny spacer? - pytam.

A Kaśka, że jak by miała to by tak zrobiła. Pewnie, pewnie - myślę i czuję się jeszcze gorzej, to znaczy beznadziejnie, bo przecież ja właśnie tego zrobić nie potrafię. A ona by zrobiła, niewdzięczna, nieludzka.  

Cały się gotuję, ale nic nie mówię. No, może tylko tyle, że muszę coś zjeść, bo się zaraz wścieknę. I Kaśka mówi, że dobrze. I ja sobie wtedy myślę, że powinienem ją przytulić, że jak to zrobię to zaraz złość mi przejdzie. Ale póki co nie mogę tego zrobić. Ręka mi sztywnieje, no nie mogę i już. Ale patrzę się na nią i uśmiecham się, bo ona strasznie poważnie wygląda.

- Już weselej? - pyta Kaśka.

I wtedy ją obejmuję. A ona mnie. I czuję jej ciepło, czuję jak mi puszcza, jak szczęka się rozluźnia, ramiona, plecy. I obejmuję ją już mniej kanciasto. I robi mi się wesoło, lepiej.

I wtedy pojawia się świat, którego jeszcze pięć minut temu nie widziałem, bo gapiłem się na swoje buty.

Pojawiają się ludzie na chodniku, kamienice, samochody. Zaczynam się rozglądać. Kaśka też.

- O zobacz jaka piękna kamienica - mówi Kaśka. I oglądamy sobie.

A potem przytuleni wchodzimy do knajpy. I jak zjadamy, to mnie jest już zupełnie dobrze. I siedzimy sobie przy stoliku, gapimy się na ludzi i mówimy sobie, że w sumie mamy wszystko co nam do szczęścia potrzebne. Ja to nawet jestem przekonany, że tak jest. No, bo czego mógłbym chcieć więcej?

Ale mimo to i tak czasem mnie ogarnia jakieś czarnowidztwo. Jakaś niechęć do świata, jakaś niezgoda. I wtedy szukam kozła ofiarnego. I może to być Kaśka, brak kasy, zła pogoda, problemy w pracy, albo Tośka, która żeby było absurdalniej, jeszcze się nie urodziła. I właśnie dlatego, że się jeszcze nie urodziła! No, bo kurde ile można czekać!

17:58, pawel.grodzki
Link Komentarze (10) »
Dzień dwieście czterdziesty (2 września - sobota)

- Tu. Widzisz? Tu są Tosi rzeczy. Śpiszki, kaftaniki, czapeczki. Muszę tylko skarpetki dopakować - Kaśka pokazuje mi co i gdzie jest w spakowanej w naszej szpitalnej torbie. 

- Acha - kiwam głową.

- Tu są ręczniki i moje rzeczy. A tu to lekarstwo, które mam przyjmować. No wiesz, w zastrzykach - mówi Kaśka, a ja się wzdragam na samą myśl o igłach i strzykawkach.

Kaśka się nie przejmuje i pokazuje gdzie spakowane są pieluchy tetrowe i zwyczajne.

- A tu jest kasa - mówi pokazując kopertę. - Zabrałam z niej dwieście złotych, ale zaraz dołożę - mówi. Koperta jest dość gruba. W środku są pieniądze na położną, salę, znieczulenie, taksówkę i inne takie.

- Dołóż natychmiast, bo zapomnimy - mówię.

No i Kaśka dokłada.

A potem wyciąga zieloną teczkę i demonstruje dokumenty.

- To jest proszę ciebie karta ciąży - zaczyna. A ja sobie notuję w głowie: karta ciąży ma na okładce kobiecy brzuch w ciąży.

- To są wyniki wszystkich USG - Kaśka wyciąga kopertę z napisem USG. 

- A to jest moje ubezpieczenie - kartka w przezroczystej, plastikowej koszulce.

- A to moja grupa krwi - koperta z napisem „grupa krwi”.

- Zapamiętałeś? - pyta Kaśka.

A ja mówię, że tak, to znaczy, że mam nadzieję, że tak. A potem jeszcze raz sprawdzam czy mam zapisany numer do położnej. Tak! Jest pięknie zapisany pod hasłem „położna”. Jestem dumny z siebie, że tak to sprytnie zapisałem. Po prostu „położna”, a nie przykład „asiapołożna”, czy jakoś tak.

A potem zaczyna się seria telefonów.

- Czy już urodziliście? Co się dzieje? Kiedy? Czy Kaśka dobrze się czuje? Czy wy w ogóle zamierzacie rodzić? - pytają znajomi, pyta rodzina.

I generalnie bardzo to przyjemne, bo przecież się troszczą, przecież przeżywają. Problem tylko w tym, że Kaśkę ciut to złości, bo ona już chciała by urodzić, nie może się wręcz doczekać, bo już ma dosyć, bo bolą ją nogi, kręgosłup i wszystko. Do tego basen dziewczynie zamknęli więc nie ma gdzie odreagować.

I wtedy dzwoni koleżanka, ta co miała ten sam termin co Kaśka i mówi, że ona już. Że pozbyła się wreszcie brzucha, że leży sobie w szpitalu i nic ją nie boli, bo znieczulenie jeszcze działa. A Kaśka jej zazdrości, a z drugiej strony bardzo jej miło, że do niej zadzwoniła.

- Myślę o Tobie - mówi koleżanka. I Kaśce jest przyjemnie. Mnie zresztą też, bo to naprawdę miłe.

I potem idziemy na spacer, a potem na ślub i wesele. A po drodze ja zabawiam się w swoją nową zabawę. A polega ona na tym, że dzwonię do znajomych i sprawdzam jak szybko są w stanie odebrać. A odbierają naprawdę szybko. I ja wtedy mówię „cześć”, a oni pytają „czy już?”. A ja mówię, że nie, że nie w tej sprawie dzwonię i gadam sobie chwilkę.

16:51, pawel.grodzki
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21